środa, 9 sierpnia 2017

Rozdział 40 - Problemy w Blackmount

- Ruszajcie się. – Nanc stanęła na wzgórzu i uśmiechnęła się szeroko w stronę zmęczonej drużyny. Wyruszyli w drogę z samego rana, ale widziała, że w nocy świetnie się bawili, te wory pod oczami zdradzały wszystko. Jedynie koty wydawały się posiadać równie dobrą energię co ona. Co prawda sama zarwała większość nocy, ale umiała się jakoś pobudzić. Aż była z siebie dumna.
- Idziemy, idziemy. – Mruknęła Mad i przetarła oczy. Wlała w siebie niewystarczającą ilość kofeiny, przydałyby się jej jeszcze trzy lub cztery kubki kawy, bo tak to nie była w stanie rozmawiać i być miłą dla otoczenia. Zerknęła na sprawcę jej niewyspania, który ziewał co rusz, wyglądając, jakby miał zasnąć na stojąco. Uśmiechnęła się pod nosem i szybko odwróciła wzrok, kiedy chłopak zauważył, że mu się przygląda.
- Nie rozumiem, dlaczego jesteście wszyscy tak zmęczeni! – Lector posłał Stingowi pytające spojrzenie i skrzywił się, kiedy nie dostał odpowiedzi. – Coś się działo w nocy? Myśmy spali jak zabici!
- Sting skakał po łóżku, więc jak można przy nim spać? – Burknęła Mad i skrzyżowała ręce na piersiach.
- Tak sobie wmawiaj. – Nanc pojawiła się tuż przy niej, opierając rękę na jej ramieniu. – Ty też skakałaś. Tamte łóżka idealnie się do tego nadawały.
               Nie czekała na jej odpowiedź, wyprzedziła wszystkich, podziwiając krajobraz. To była jedna z zalet tych wszystkich misji, mogła zobaczyć rzeczy, o których jej się nie śniło. Blackmount znajdowało się w dolinie, więc w południe wkroczyli w nieco inny krajobraz, górski, który otaczał ich z dwóch stron. Po lewej stronie traktu płynęła leniwa rzeka, można było dostrzec ryby, skaczące ponad ejj powierzchnię. Jakby nie patrzeć prawie każda jej misja kończyła się w górach, to musiało być jakieś przeznaczenie. Miasto Blackmount leżało na lewym brzegu rzeki, a dostać się do niego można było przez kamienny most. Wizytówką miasta był pałacyk na skale, z którego można było podziwiać całą  miejscowość. Ponoć był przepiękny, Nancy miała nadzieję, że pomimo pojawienia się problemu będą mogli go zwiedzić. Dostrzegała w oddali tę białą plamę, z jej wzrokiem ostatnio było coś nie tak.
- Wyglądasz jakbyś miała się zaraz popłakać. – Stwierdził Rogue, dorównując jej kroku.- O, już płaczesz.
- To oczy mi się pocą. – Prychnęła, ocierając łzy. Co mogła poradzić na to, że długie skupienie wzroku niszczyło jej oczy.
- Wmawiaj sobie, wmawiaj. – Dodała Mad, wzruszając ramionami.
- Jesteście okropni. Lepiej mi powiedzcie czy zwiedzimy tamten pałacyk, on się prosi żeby go zwiedzić.
- I ochrzcić im kibel? – Jej przyjaciółka zastanowiła się chwilę, to nie był taki głupi pomysł. Zwłaszcza, że była po kupo pędnym śniadaniu.
- Chcesz zniszczyć i to miejsce, Madie? – Sting przeraził się teatralnie, na co reszta odpowiedziała mu śmiechem.
- Ha. Ha. Jakiś ty zabawny. Normalnie aż mi żebra ze śmiechu wyprostowało.
- Żebra to ci się dopiero wyprostują. I nie tylko to, zapewniam cię, skarbie.
- Ty mi się już nie podlizuj. – Na jej twarz wystąpił rumieniec, aż spojrzała w bok, żeby nikt tego nie zauważył. Takie określenia jak „skarbie” i inne pierdoły pozostaną dla niej obce i nienaturalne. Co innego, gdy ona to mówi. Wtedy to jest urocze. Skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała przed siebie, byli co raz bliżej. W oddali pojawiły się pierwsze budynki, a pałacyk w końcu nabrał kształtów. Rzeczywiście ładnie wyglądał, mimo że przypominał bardziej kościół. Zwłaszcza z tymi wieżyczkami.                W końcu przekroczyli most, który prowadził do Blackmount. Jedna rzecz zadziwiła całą drużynę, gdy tylko weszli do miasta. Było cicho i pusto.  Jakby wszyscy mieszkańcy wyparowali. Ruszyli wzdłuż głównej ulicy, wypatrując jakąkolwiek formę życia. Nanc nie zauważyła nawet żadnego zwierzaka.
- Naprawdę mówili, że to miasto duchów. – Stwierdził Mash, wznosząc się do wyższych pięter.
- Miasto duchów, jeszcze tego brakowało. – Celia westchnęła ciężko, nie lubiła takich rzeczy.
- Musimy sprawdzić, dlaczego mieszkańcy zniknęli. – Sting spojrzał na świątynię, która stała na głównym placu. Dziwna budowla nie pasowała do całego otoczenia, więc to ją postanowił sprawdzić jako pierwszą. Nanc rozejrzała się wokół, a jej wzrok zatrzymał się na jednej z uliczek. Wydawało się jej, że coś przemknęło między budynkami. Niepohamowana ciekawość ciągnęła ją do tego miejsca, mimo że rozsądek podpowiadał, aby lepiej tam nie iść. Zrobiła krok w stronę zaułka, gdy usłyszała za sobą głos:
- Nanc? Wszystko gra? – Rogue pomachał jej ręką przed nosem. – Coś się stało?
- Nie… - Zamrugała kilka razy, żeby się otrząsnąć. – Miałam wrażenie, że coś tam było.
- Mogło ci się wydawać, w takich miejscach umysł lubi płatać figle.
- Tee papużki nierozłączki, idziecie? – Krzyknęła Mad, będąc z całą resztą już daleko z przodu.
- Jasne, jasne! Idziemy. – Dziewczyna chwyciła Cheneya za rękę i pociągnęła go za sobą w stronę drużyny.
- N-Nanc!
               Znowu ruszyli dalej, aż w końcu stanęli przed świątynią. Mad skrzyżowała ręce na piersiach i dokładnie obejrzała fasadę świątyni. Z pewnością była stara. Aż dziwne, że zachowała się w tak dobrym stanie. Wyglądała, jakby miała około pięciuset lat, patrząc na płaskorzeźby smoków. A to już sporo. Sting uśmiechnął się delikatnie, uwielbiał, kiedy przyglądała się rzeczom z taką pasją. W końcu mówiła, że jest pasjonatką historii. Otworzył ogromne wrota kopniakiem, jak to zwykle miał w zwyczaju, za co od razu został spiorunowany wzrokiem.
- Nie mogłeś normalnie ich otworzyć? Zdradziłeś nas. – Warknęła w jego stronę brunetka. Nie rozumiała jak można tak traktować żywą historię.
- Zawsze tak robię.
- Kretyn.
- Sting wie co robi! – Wtrącił się Lector, chcąc bronić swojego przyjaciela.
- Oj Maad. – Rozłożył ręce, przecież nic złego się nie stało.
 - Nie jojcz. – Wyminęła go i jako pierwsza weszła do środka. Wnętrze również było ozdobione kolorowymi płaskorzeźbami smoków. Więc to one były czczone w tym miejscu. Na samym końcu stał ołtarz, na który padało światło słoneczne. – Ewidentnie widać, że coś tu było.
               Z zaciekawieniem podeszła bliżej, od razu przy niej pojawiła się Nanc. Obie dotknęły ołtarza, od razu wyczuwając dziwną energię. Spojrzały po sobie poważnie, doskonale wiedziały, co to było. Chłopcy wpatrywali się w nich, w ogóle nie rozumiejąc, co te spojrzenia miały znaczyć.
- Mad, Nanc, o co chodzi? – Sting przechylił głowę na bok, marszcząc brwi.
- Klątwa. – Powiedziały zgodnie i delikatnie się uśmiechnęły.
- Klątwa? – Cheney skrzyżował ręce na klatce piersiowej. – Co przez to chcecie powiedzieć?
- Był tutaj zaklęty przedmiot. – Zaczęła Nanc, dając szansę dokończyć Mad.
- Który być może odpowiedzialny jest za zniknię-
- Uważajcie! – Eucliffe rzucił się w ich stronę, gdy zza ołtarza wyłonił się stwór. Cofnęły się w błyskawicznym tempie, od razu przybierając pozycję bojową.
- Nie! – Ogromny jaszczur uniósł ręce, dając do zrozumienia, że nie chce walki. - Proszę
- Kim… A raczej czym jesteś?! – Warknął blondyn, był gotów skopać mu tyłek już teraz.
- To gada? – Marsh schował się za Mad. Oczywiście sam stanie do walki. Jeżeli będzie trzeba.
- Mad, nieciekawie. – Nanc obejrzała się do tyłu, widząc, jak za nimi pojawiają się kolejne osobniki. Otoczyły ich. Co prawda mieli przewagę liczebną, ale za to oni w posiadali więcej siły.
- Kim… A raczej czym jesteś? – Zapytała Madison, próbując jak najszybciej ogarnąć sytuację.
- Nie zrobimy wam.. – Monstrum zaczęło kaszleć, po czym zbliżyło się o krok. – Krzywdy… Pomóżcie nam…
               Dopiero w tym momencie do dziewczyn doszło, że to nie tak, jak się wydaje. Opuściły dłonie i stanęły spokojniej, zachęcając wzrokiem resztę, żeby zrobili to samo.
- Wy… Jesteście mieszkańcami miasta. – Nanc uniosła brwi, sama nie wierzyła w to, co mówi, ale jakaś marność, która ich otaczała sprawiała, że budziła się w niej litość.
- Co?! – Sting i Rogue popatrzyli się na nią, otwierając szeroko oczy. Jakim cudem to mieli być ludzie?
               Rozejrzeli się wokół siebie. Rzeczywiście, potwory miały w sobie coś, co ich przypominało. Największą wskazówką było to, że większość dalej była ubrana w szmaty, które kiedyś były odzieniem. Uspokoili się nieco, dalej nie tracąc czujności.
- Tak. Jestem kapłanem świątyni Smoków. Nazywam się… Nazywałem Romeus. – Jaszczur zaczął kaszleć, opierając się o ołtarz.
- Romeus. – Mad zagryzła wargę, aż żal jej się zrobiło. – Proszę powiedz nam co tu się stało.
- Jesteśmy tu by wam pomóc. – Dodała Nanc, chcąc wzbudzić zaufanie otoczenia. Zdawała sobie sprawę, że teraz mogą być nerwowi i nieufni wobec obcych.
- Zaatakowała nas mroczna gildia… Zabrała Rubinowego Smoka, teraz jesteśmy tacy. To nasza kara za to, że byliśmy nieposłuszni i nie zdołaliśmy go obronić.
- Rubinowy Smok? Macie tu smoka? – Eucliffe zainteresował się bardziej słowami kapłana. Skąd mogli mieć tu smoka?
- Jemu chodzi o figurę. – Brunetka westchnęła ciężko, rozwiewając jego wątpliwości.- Proszę, mów dalej? Jak to, że kara?
- Dawno temu ukarano nasze miasto za nieposłuszność, na nich i na ich pokolenia. Zamieniono ich w jaszczury. Od tego piętna uwolnił ich mag, który zdjął klątwę i przeniósł ją na Rubinowego Smoka. Powiedział wtedy, że nic się nie stanie, dopóki On nie opuści miasta. Dlatego nasi przodkowie strzegli go przez wieli.
- Hola, hola. Kara za nieposłuszność? – Nanc nie chciało się wierzyć w takie bzdety. Bogobojnym ludziom można było wcisnąć taki kit, ale nie im. Tutaj na pewno ktoś rzucił na nich klątwę.
- Tak, kara. A teraz znowu zostaliśmy napiętnowani za naszą głupotę. Tym razem na zawsze. Rubinowy Smok przepadł! – Romeus zaczął ponownie kaszleć, tym razem chwiejąc się na swoich łapach. Jeden z mieszkańców szybko podszedł i podtrzymał go, żeby nie upadł. Na pewno był wykończony.
- Powiedz nam, co to była za mroczna gildia?
- Nie wiemy. – Odezwał się mieszkaniec. – Ale na tę chwilę zajęli zamek na szczycie. Droga do niego jest trudna, więc mają pewność, że nie spróbujemy go odebrać.
- Jesteśmy bezbronni! Bezbronni!
               Mad zagryzła mocno wargę. Sytuacja wyglądała nieciekawie, nie mieli żadnych informacji o tej całej mrocznej gildii, nawet nazwy.. Spojrzała na przyjaciółkę, coś zaświtało jej w głowie.
- Nanc. Ty byłabyś w stanie zdjąć klątwę?
- Jasne, nie takie rzeczy robiłam. – Uśmiechnęła się na chwilę, a potem znowu skrzywiła.- Ale to nie będzie łatwe. Nie bez tej figurki.
- Cholera jasna. Ale istnieje taka możliwość?
- To będzie skomplikowane, ale można spróbować.
- Ej, dziewczyny, a co z nami? – Sting pomachał rękoma, dając im do zrozumienia, że nadal tu są.
- Wy? – Mad zastanowiła się chwilę.- Wy pójdziecie po tego Smoka. My w tym czasie może poradzimy sobie z klątwą.
- W porządku. – Rogue kiwnął głową. I tak by im się na nic nie przydali, nie wiedzieli jak z tym walczyć.
- Poza tym trzeba się nimi zająć. – Marines zaczęła ponownie dotykać ołtarz i wszystko, co było obok. – Mroczna gildia nie może istnieć.
- Hmm.. – Blondyn zamyślił się na chwilę, czyli ich wyganiają by im nie przeszkadzali. Sprytne. - Niech będzie.
- Zadanie przyjęte! – Krzyknął radośnie Lector.
- Fro-sama!
               Zgromadzeni wokół mieszkańcy słysząc to, zaczęli krzyczeć z radości, w końcu ktoś im miał pomóc. Niektórzy płakali z radości, że już niedługo wrócą do swojej normalnej postaci. Takie życie na pewno było dla nich ciężkie. „ I tak nie miałby nic do gadania” pomyślała i odetchnęła. Przed nimi było dużo pracy, wszyscy na nich liczyli, nie mogli zawieść. Problemy Blackmount niedługo zostaną rozwiązane.


______________________________________________________________________________

***
O rany, w końcu coś skończyłam. Jak fajnie. Mam nadzieję, że jeszcze pamiętacie tę historię :3 Lecimy dalej!
~Nanc